środa, 24 września 2014

"To już jest koniec, nie ma już nic. Jesteśmy wolni, możemy iść."

Przez zupełny przypadek przypomniało mi się o dawnym blogu, odłożonym w kąt. Zapomnianym, przykrytym warstwą kurzu... Tak wiele się zmieniło od tego czasu, tak wiele straciłam, tylko po to żeby zyskać o wiele wiele więcej. Nie żałuje...

To już raczej oficjalne pożegnanie niż kolejny wpis na tym jakże krótkim blogu... Mur padł.

piątek, 17 stycznia 2014

Życie takie trudne ale wyjść nie można.

Okienko tak zapomniane.... Tak znajome, a zarazem tak obce. Do zajrzenia tutaj skłonił mnie napotkany w sieci obrazek. Zwykły niby, a niosący w sobie coś.... Zwykła dziewczynka z czarnym jak smoła wnętrzem. Tak znajoma i tak obca. Przeraża a zarazem uspokaja. Czy to źle? Czy bagaż życiowych doświadczeń niesionych na mych barkach zawsze rzutować musi na, jasno zapowiadającą się, przyszłość...?




Życie takie trudne.... ale wyjść nie można.

poniedziałek, 30 września 2013

Na rozstaju...

Co zrobić stojąc na rozstaju dróg życia? Co począć? Którą drogę wybrać. Łatwiejszą? Tak pewnie zrobiłby wiele osób, w tym ja, jakiś czas temu. Teraz nie chce. Nie zrobię tego. Czymże jest przyjaźń bez odrobimy poświęcenia?

niedziela, 16 czerwca 2013

To co się dobrze zaczyna, winno się tak samo kończyć.

I wszytko skończyło się dobrze. Od kilku godzin siedzę z wielkim bananem na twarzy i cieszę się jak głupia, nie tylko dlatego, że Panu M. udało się rozwiązać bardzo ważny problem, ale i ja zrobiłam krok naprzód. Po półtorej roku, na reszcie, zebrałam się na odwagę, schowałam tę debilną dziecięcą dumę do kieszeni i pogodziłam się z kimś, kto był kiedyś bardzo ważny dla mnie. Z K. to była  krótka, ale intensywna znajomość, wiele wnosząca do mojego życia i wiele mi uświadamiająca. Właśnie dzięki niej odkryłam w sobie coś, o czym wam kiedyś napisze, na razie żyję chwilą.
Gdyby ktoś z domowników wtargnął do mojego pokoju wziąłby mnie za wariata. Nie codziennie skaczę na krzesełku obrotowym szczerząc się przy tym jak głupi do sera. Dzień zaczął się i skończył się pomyśle. Oby i jutrzejszy był takowy...

Wiem...

"Dwa poprzednie wpisy były tak dołujące, że ja nie mogę. No cóż, nie zawsze ma się dobry humor, ale dziś  jest inaczej. Siedzę sobie w domu wujostwa, nadal przyjemnie zmęczona po 9 godzinach spędzonych w pracy. Piszę, oglądam Animal Planet i rozmawiam z Panem M., a uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Nie wiem czemu. Po prostu jestem w niesamowicie dobrym humorze. Nareszcie? Chyba tak, ostatnio za dużo myślę..
W moim sercu nie ma dziś wątpliwości, czuję się sobą. Wartościowym członkiem tego społeczeństwa." Te słowa zostały napisane dziś, około godziny 11 rano. Byłam święcie przekonana, że dziś nic nie popsuje mi humoru, że wrócę do domu, zacznę się uczyć do egzaminów, że będzie pięknie i kolorowo... Stłumiłam te cholerne przeczucie, nie chciałam wierzyć, że jednak coś mi popsuje te sielankę. Teraz siedzę tu. Przed komputerem, stukam w klawisze, a w środku coś mnie rozdziera. Chcę być przy Panu M., chcę mu pomóc, jestem jego oparciem i to się nigdy nie zmieni, a z drugiej strony wiem, że nie mogę. Muszę odejść i zająć się zbliżającą sesją... Stoję i myślę w którą stronę ruszyć, stoję i przeklinam kilometry nas dzielące, stoję i wiem, że jestem jego wsparciem, a on o tym wie...

piątek, 14 czerwca 2013

O Rodzinie i Przyjaciołach.


Zastanawialiście się czasem czym jest dla was rodzina? Co byście zrobili gdyby was odtrącili? Gdybyście byli zmuszeni od niej odejść? Ja tak, i z całą pewnością mogę powiedzieć, że to byłoby cholernie bolesne. Z moją totalnie pokręconą rodzinką jestem zżyta niemiłosiernie. Może i tego nie pokazuje, ale nie wyobrażam sobie straty kogokolwiek z nich. Rodzina zawsze była dla mnie podporą, tak samo, jak później przyjaciele. To dzięki pewnej dwójce wspaniałych ludzi, których kocham i szanuje całą sobą jestem tym kim jestem, osiągnęłam to co osiągnęłam i jestem tu, a nie gdzie indziej. Nie zostawili mnie, nawet wtedy, kiedy zrobili to moi właśni rodzice. Jeśli jeszcze nie domyśleliście się o kim mowa, to uwaga. Mówię o dwójce najwspanialszych dziadków, za których dałabym się pokroić i wrzucić w ogień piekielny. O tych samych na których się czasem wkurwiam, z którymi się kłócę, w których mam oparcie, którzy potrafią mnie rozbroić jednym słowem. Mówię o osobach bez których by mnie nie było, bez których nie wyobrażam sobie życia na tym Ziemskim padole. Podobnie sprawa się ma, jeśli chodzi o moją rodzicielkę. Pomimo tego, że mieszka ponad 700 km ode mnie stara się całą sobą, być przy mnie kiedy tylko może i wspierać mnie jak tylko może.
Prócz rodziny w moim życiu istnieją już teraz 4 niezidentyfikowane osobniki z obojga płci, z którymi zmuszona jestem użerać się od pewnego czasu.
Pewna Pani A. ufo nr 1, osobnik płci żeńskiej. Uparte, wkurzające, opierdalające kiedy trzeba, kochane, humorzaste i wspierające mnie od blisko ośmiu lat coś. Coś, co kocham jak siostrę, której los mi poskąpił.
Pani P., ufo nr 2. Podobnie jak poprzedniczka jest przedstawicielką płci pięknej. Mała, wredna, upierdliwa, rozhisteryzowana, nieśmiała i cholernie zabawna osoba, z którą użeram się już lat cztery. Siostra nr 2.
Już wcześniej wspominany Pan M., jedyny przedstawiciel płci przeciwnej. Ciacho rodem z piekarni, wyróżnia go nie tylko atrakcyjność fizyczna, jest cholernie mądrym, zabawnym, teraz również mówiącym co myśli i czuje osobnikiem. Przyjaciel, który za osoby, które kocha skoczył by w ogień piekielny. Cholernik, złośnik, histeryk, narwaniec i panikara. Ufo nr 3 i przybrany bratał nr 1.
Droga Pani G. Osoba, którą znam trzy lata, ale dopiero teraz zaczynam odkrywać prawdziwą ją. Miłą, cichą, zabawną i pomocną osóbkę, która wraz z Panem M. próbujemy wyciągną z za jej własnego muru. Obiecuje, że kiedyś nam się to uda. Obecne ufo nr 4.
Została jeszcze jedna osoba. Ktoś kogo znałam bardzo krótko, ale stał się dla mnie niczym starszy brat. Ktoś, kto żyje w moim sercu mimo, że nie ma go już z nami. Pan B., choleryk, wesołek, kosmita, zboczuch, śmieszka, osoba skupiająca w sobie tyle radości, że to aż niemoralne. Osoba zmarła tuż po tegorocznych świętach wielkiej nocy. Mimo, że nie ma z nami już ufa nr 5 i mojego bratała nr 2 cały czas czuje, że jest koło mnie i Pana M i nam pomaga, wspiera i motywuje… Dziękuje mu za to niezmiernie.

czwartek, 13 czerwca 2013

Słowem... wstępu?


Witam, z chwilą opublikowania tego wpisu stanę się dla was, czytelników M. Mówi się, że jestem miłą, sympatyczną, pomocną, mądrą i otwartą osobą. Gówno prawda. No dobra, może po części tak też jest, ale tylko wtedy, kiedy tak trzeba. Prawda jest inna. Czuję się jak małe zagubione, pięcioletnie dziecko co puściło się maminej spódnicy i nie może się jej na powrót chwycić. Dla niektórych, czytających, blog ten może być nic nieznaczącym kroczkiem dla ludzkości. Dla mnie to jest jak przeskoczenie Kilimandżaro.
Pewnie zastanawia Was, dlaczego w ogóle to pisze. Ano dlatego, że mam już dość stagnacji, bo tego życiem nazwać nie można. Dość mam już uciekania przed samą sobą, przed cierpieniem czy zawodem. Już dość. Uświadomił mi to pewien Pan M., o którym Wam kiedyś może opowiem.
Faktem jest, że przez trzy miesiące ów osobnik zrobił dla mnie więcej niż moje dwie przyjaciółki i ogół społeczeństwa razem wzięci przez ostatnie piętnaście lat. To dzięki niemu tu jestem. To dzięki niemu mam odwagę żeby wyrazić to co czuję i to o czym myślę.
Podobno i jak go tego nauczyłam… Ale na tym polega przyjaźń. Na wzajemnym wspieraniu, opieprzaniu i wspomaganiu. Przyjaźń nie jest wtedy, kiedy ktoś pójdzie się z Tobą napić. Przyjaźń jest wtedy, kiedy ten ktoś odholuję Cię do domu kiedy urżniesz się jak świnia, kiedy zrobi, z Tobą, największe głupstwo na jakie jesteś w stanie wpaść, kiedy zostanie wprowadzony do twojej celi więziennej ze słowami: „eh.. stary. Nudno bez Ciebie na wolności.”  I może to, że koleś który mieszka 200 km ode mnie, którego nigdy na oczy nie widziałam i z którym wymieniłam już chyba ze 20 000 sms’ów jest mi bliższy niż osoby które znam całe swoje marne życie, może wydawać się dziwne. Ale tak właśnie jest.
Dobra, ale koniec o M. Zakładam tego bloga w nadziei, że uda mi się zburzyć resztki muru, za którym chowam się już od piętnastu lat bodajże. Nie wiem czy ktokolwiek to przeczyta, ale nieskromnie dodam, że mam taką nadzieję…

Teksty te mam zamiar pisać sercem, a poprawiać przy użyciu umysły, więc wpisy mogą pojawiać się nieregularnie.